W nieodpowiednich rękach email staje się taktyczną bronią masowego rażenia i wcale tu nie przesadzam. Dzisiejsza technologia umożliwia wysyłanie maili na iście przemysłową skalę za pomocą jednego kliknięcia myszką. Czasami wiadomości, które tak naprawdę są przeznaczone dla kilkuset osób, trafiają do setek tysięcy lub nawet milionów. Cierpią biedni “cywile”, którzy przez przypadek znaleźli się na jednej liście z potencjalnym klientem. Marketerzy chełpią się marginalnym wzrostem wskaźników, dyskretnie przemilczając starty uboczne. Życie.
O tym, jak zmienić emailowe naloty dywanowe na precyzyjne uderzenia sprytnymi bombami szeroko rozpisuje się Krzysiek i Paulina. Ja skupie się na raczej niespotykanych w wojskowości, ale dość popularnych w szeroko rozumianej komunikacji kanałem email – niekontrolowanych detonacjach na własnym terytorium. Osoby wciskające czerwony przycisk “Wyślij” rzadko zdają sobie sprawę z tego, że tak naprawdę wybuch nastąpi na ich podwórku, a efektem końcowym będzie skażenie firmowej domeny na najbliższe kilkaset lat ale po kolei… Czytaj dalej …





